Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/16

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Natychmiast zauważyła ruch ten, a ogarnąwszy około siebie płachtę i spódnicę, rzekła:
— Siądźcież sobie wedle mnie, siądźcie... A toż i święci Pańscy po kamykach siadywali, chodząc po tym światu...
I usuwała się uprzejmie, jakby na pokojach gościa przyjmując.
Siadłam niżej nieco i chwilę trwało milczenie; ona znów zmrużywszy oczy, patrzyła z błogością w słońce, a ja zamyśliłam się o tej „warzy,“ po której psi do trzeciego dnia wyli, a ludzie — nic!...
— A jakież to było w smaku? — spytałam zcicha.
Staruszkę opuściła już groza. Blaski słoneczne oblewały jej twarz jakąś dobrodusznością i rozczarowaniem.
— Ano, nienajgorsze, nienajgorsze... — odrzekła. Ino że dużą ostrość miało w sobie i na wnątrzu piekło. A i to człeka smęciło, że jak to bydlę sieczkę w siebie pcha. A czemże się to człek od tej „niemej twarzy,“ od tego bydlęcia odmieni, jak nie tym świętym chlebuszkiem? Ja tam, żem to na małem, sierockiem życiu zuczona byłam po służbach, to ta niewiele tego jeść mogłam. Wzięłam do gęby raz, wzięłam drugi raz, fartuch ściągłam, zęby