Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


czuła, że nikt temu, patrząc na niego, nie wierzy.
Nawet świeżo zgodzona w kamienicy młodsza, nic nieznająca dzierlatka, której wodziarka cuda rozpowiadała o swoim Józefie, słuchała jej póty tylko, póki go nie zobaczyła, poczem, na samą wzmiankę o Glapie, parskała w kułak śmiechem.
Wszakże wobec tak nawet zdecydowanej opinii, Józefowa strzegła się, jak ognia, aby jej nie potwierdzić niebacznie słówkiem albo giestem. Ukradkiem tylko przystawała z konwiami swemi przed bawiącym się w piasku drobiazgiem, ukradkiem przysiadała przy nich, gładziła im włoski, ocierała fartuchem umorusane buzie, a najmłodsze podnosiła na ręku w górę, całowała je mocno, mocno, i huśtała z rozkosznym uśmiechem, od którego w jej siwych oczach zapalały się iskry złociste.
Zdarzyło się raz, że Pawłowej, żonie stróża, miało przybyć dziecko. Ledwo baba pierwszy raz stęknęła, już Józefowa, zostawiwszy na piętrze sondy i konewki, leciała do sutereny, jakby na odpust jaki. Przystanęła pode drzwiami, stuka: cicho. Wpadła tedy do sklepiku, aby kupić dla chorej dwa łuty mielonej kawy, „tej dobrej, po sześć groszy łut,“ i pół