Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— O! Jak to leci! Jakby dwadzieścia roków nie miał! Jeszcze gdzie karku nadkręci po schodach...
I wylewała do stągwi wodę, dziwując się głośno:
— To ci konwie wyszykował! Niechże go! Ledwie od ziemi dźwignę. Takie pełniuśkie, jak oko! Gdzie-by to ta kobieta poradziła tyla wody przydygować od rzeki! I to wam we wszystkiem taki porwany. Ino mu się ta robota w ręcach pali...
— Ha! — odpowiadała sentymentalnie kucharka. — Za jakim takim płotem, za jakim takim chłopem...
A Józefowa:
— Ba! chłop chłopowi nierówny! Daleko szukać takiego, co-by tyla, co mój poradził.
Innym znów razem zrywała się od rozmowy i chwytając konewki, mówiła:
— Muszę już bieżeć, bo się mojego boję.
A kucharka na to:
— Iii... Co wam ta zrobi takie chuchro...
— Ale! — odpowiadała, rumieniąc się Józefowa. — Chuchro on tam! Daleko szukać drugiego chłopa, co-by w sobie taką moc miał!
Mocy tej jednak nigdy jakoś nie mogła