Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


A mówiąc to, rzucała ukradkiem oczyma na kucharkę, której doskonale było wiadomem, że Glapa nad dzbankiem wody na równej drodze się zadychiwał i dziesięć razy stawać z nim musiał.
Niekiedy szli oboje razem. Ona dźwigała pełne konwie wody, a on się próżno wlókł za nią. Tak przychodzili na piętro. Wtedy Józefowa stawiała przed progiem konwie.
— Józef, — mówiła, odwracając głowę, żeby nie widział jej ognistych rumieńców — a wnieś-no konewki do kuchni, bo mnie cości w boku strzyknęło.
Józef wytężał się, otwierał drzwi, rozstawiał cienkie nogi, chwytał się konewki ze trzy razy, stękał, wreszcie obu rękoma przestawiał ją na drugą stronę progu. Wtedy Józefowa, czując, że mąż już nie poradzi więcej, chwytała drugą konewkę lekko, jak zabawkę, i wnosiła do kuchni, mówiąc:
— Czekaj, czekaj, to ci pomogę! Jeszcze się kiedy zerwiesz z tej chytrości do roboty. Mocnyś ty chłop, ale i to ciężar. Już ja tu powylewam sama, ty skocz na drugie piętro i zobacz czy tam wody dość.
A kiedy wyszedł, człapiąc powoli nogami, dodawała: