Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Tylko, że wódka zostaje w kancelaryi, aresztantka zaś nie dostaje jej na raz więcej, jak jeden kieliszek. Za godzinę może znowu przyjść i wypić kieliszek drugi; ale ani dwóch naraz, ani flaszki „pod numer“ nie dostanie. Może także aresztantka przyprowadzić z sobą do kancelaryi na wódkę te, które chce poczęstować i każda z zaproszonych wypija także po kieliszku. Naturalnie, że zapasy pochodzące z wydziału, nie są nigdy „pod numerem“ zupełnie pewne; a kłótnie o zjedzone masło, rozsypaną tabakę, zaginioną kiełbasę — są na porządku dziennym.
Około ósmej przynoszą aresztantkom śniadanie i rozdają chleb; w południe obiad, po obiedzie przechadzka w ogródku, z czego w chłodniejszej porze korzystają te tylko, które mają ciepłe chustki, a potem już robota w nocy. W dni zimowe zapala się o zmierzchu lampa, wisząca nad warsztatowym stołem; większe izby mają po dwie takie lampy. Pilniejsze robotnice pracują zwykle dość długo z własnej ochoty; jeśli robota jest nagląca, wszystkie pracują dłużej. Nareszcie kładą się spać. W nocy strażnik po dwakroć izby otwiera. Pierwszy raz o dwunastej dla wpuszczenia świeżego powietrza; drugi raz około drugiej, kiedy idzie liczyć śpiące pod numerem aresztantki.
Niedziela tem się od dni powszednich wyróżnia pod względem administracyjnym „w Serbii,“ że zrana otwierający drzwi strażnik, przy-