Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/444

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ale w końcu powiedziałem sobie: a może to i prawda!... — Więc kiedy mnie o wiersze zaczepiają, czemu nie drukuje, złość mnie porywa i niecierpliwość, którą na samego siebie obracam. Bo na cóżby się zdała ironia odpowiedzi tam, gdzie, jak się pięknie wyraża Juliusz Słowacki: „Skończona wielka tragedja powagi.“ Jest też o czem mówić! O gawędach nędznika, braciszka zmartwychwstańców, głupca, nie posiadającego żadnych kwalifikacyi, intryganta, odepchniętego przez młodzież. Wszakże lat temu trzy (pisze w 1887 r.) Wielmożny W w ten sposób podał mnie na wzgardę publiczną
— Że jednak jest coś we mnie, nad czem zamyślał się Chenier przed pójściem na gilotynę, więc niespokojna dusza rządzi się zdaniem Imci pana Zabłockiego, i nie dbając na chmury panów krytyków, górne płodzi kalembury. Bez żartów! Z wpływem moim, z miłością braci dla mojej liry, dawno się pożegnałem. Piszę, cieszy mnie czasem słówko udane, ale już nie mam chęci biegania z dziećmi mojemi po jałmużnę serc. Kocham pieśń, jak za młodu, ale słuchacze moi — na mogiłach. Dziśby mnie nie słuchano, ja za długo żyję; może po śmierci będą łaskawsi. Chociaż wątpię.“