Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/445

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ale po tym wielkim wybuchu oburzenia, sarkazmu i goryczy, przychodzą skargi ciche, niemal ze dziecięce, i przeciągają długim korowodem, podobne owym żałobnym, ze starych fresków postaciom, z których każda niesie czar łez pełną, ze zdroju własnej boleści nabraną. Nie sam się już pieśniarz w nich skarży. Skarży się w nich i ludzkie serce samotne a tęskniące, żywe a zranione głęboko, skarży się i owa zawiedziona ufność i nadzieja, którą po wszystkie dni swoje chowając, tak często poeta na szwank narazić musiał, i owa melancholia wieczornej zorzy, która na zmierzchy dnia i na zmierzchy życia jednakie cienie kładzie.
— „Czasem — pisze Lenartowicz w 1888 r. — wywłóczę z moich pożółkłych z przed lat 38 i — 40 papierów wiersz jaki, który się tam dziwnie wpośród was wydawać musi. Gdybym był w swoim czasie drukował, powiedzieliby: romantyk — i miałbym jakieś miejsce w literaturze, a jest tego sporo, jak widzę. Ale cóż, zdawało się, ze drukując swoje gminne, trwalsze sobie imię zapewni, aż tu pokazało się inaczej.
— Pracowałem dużo w glinie, w ziemi, a dziś jestem stary, ślepy włóczęga... Ktoś odezwie się z kraju, list przywiezie okazyą, pisany przed 6 miesiącami — bo u nas zwykle przez okazye piszą — ot i cala pociecha!
... Z rodaków nie mam tu nikogo, z kimby słowo zamienić. Żaden pustelnik na Tebaidzie