Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/439

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


drzwi grobowych, które zawarłszy, anioł odlatuje na dalekie gwiazdy.
A kiedy to piszę, patrzy na mnie z niewielkiego, ciemnego szkicu w gipsie chłop w sukmanie, z rozciągniętemi rękami pod krzyżem stojący; dar, który czekał mnie na Montebello dwa, trzy lat może, aż i doczekał się wreszcie.

III.

Wiele się u nas mówiło i dawniej i w ostatnich czasach o rozgoryczeniu poety. Miał się Lenartowicz jakoby zapomnianym czuć, jakoby niedość cenionym widzieć, miał się jakoby uskarżać na obojętność ogółu cierpko i dotkliwie,
Nie przeczę, iż tak było. Momenty takie przychodziły, musiały przychodzić na ten umysł nad miarę wrażliwy. Ale były to tylko momenty. Podstawowy jego nastrój to była pogoda, harmonijne czucie z czuciami owego, o zapomnienie pomawianego ogółu i jakiś rodzaj smętnej rezygnacyi, który melancholią swoją pokrywał i łagodził cierpkość dysonansów.
— Jestem kowalem własnej doli... Faber sum... — ta zwrotka, często powtarzana w listach poety, kończy zazwyczaj skargi jego i jego rozżalenia. A i to pod uwagę wziąć trzeba, że odległość powiększa zazwyczaj każde nieporozumienie odej-