Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/429

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Czy się w tem powiedzeniu poeta nie mylił — sąd zawczesny. To pewna, że z swojej natury lirnika w dramacie wyzuć się nie zdołał, i że najpiękniejsze fragmenty „Nieszczęsnych“, są właśnie fragmentami lirycznemi. Więc kiedyśmy się tak, kartka po kartce, w czytanie owo wgłębili, przyszła kolej i na drobne, ostatniemi czasy pisane, a pełne jakiegoś bolesnego naprężenia uczuć rzeczy, o których tu nie zamierzam mówić. Wymienię tylko odę, przeznaczoną do międzynarodowej księgi, którą de Gubernatis ku czci Kolumba wówczas właśnie składał.
Miał Lenartowicz wielki dar czytania. Jego giętki, podatny ulotnym odcieniom głos, wyrazista mimika ruchliwej twarzy, gest mówiący, wstrzemięźliwy, skromny, składały się na przedziwue zobrazowanie poezyi owych przed duszą słuchacza. Zcicha czytał, właśnie jakby mówił, mało co pomagając sobie ruchem pięknej ręki a nie było, rzec można, wyrazu, któryby wyrazu nie miał.
Przy czytaniu owem zauważyłam jednak znaczne zdenerwowanie poety. Głos chwilami się łamał i łkaniem nabrzmiewał, a ręka drżała tak, że papier w niej szeleścił, jak na mocnym wietrze; co w tej wielkiej ciszy przedzachodniej, jaka nas otaczała, dziwnie dotkliwem było.
Chcąc tedy przerwać to oczarowanie, które wyczerpywało poetę, zwróciłam uwagę jego na