Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/430

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


stojący w pobliżu posążek ks. Adama Czartoryskiego, i to nas przerzuciło w świat inny.
Z góry zaznaczyć trzeba, iż rzeźby Lenartowicza szerzej są znane i wyżej cenione we Włoszech, niż u nas. U nas uważa się je niemal za kaprys poety; tam za istotną sztukę, za równoległy do poezyi prąd twórczości jego.
Za co je uważał sam poeta? Czasem za jedno a czasem za drugie.
„Błogosławiona zdolność zajęcia palców — pisał kiedyś do mnie — bo ona daje wypoczynek duszy. Lekarstwo moje na nic się ludziom nie przyda; ale mnie bardzo. Nie mogę żyć w świecie rzeczywistym, tworzę więc sobie inny i żyję w nim, jak ów wyśmiewany rycerz smutnej twarzy. Prócz rzeźby, nauczyłem się, a raczej przypomniałem grać na drumli, i skracam sobie tą cygańską muzyką zimowe wieczory.“
Były więc chwile, w których rzeźbę swoją narówni niemal stawiał ze swojem graniem na drumli, a oboje to miał za lek na tęskliwe godziny, na zmęczenie duszne.
„Wolałbym kopać glinę, niż ją lepić — pisze dalej — wszakże łatwiej o miskę gliny, niż o grzędę, i przeto „benwenutuję“ potrosze.“
Innym jednak razem chwytał za swoje rzeźbiarskie narzędzia w chwilach podniecenia energii artystycznej, rozbudzonej potrzeby działania, plastycznego uzewnętrznienia namiętnej żądzy ideału, to znaczy w chwilach, które po wszystkie