Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/423

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ten pierwszy list nosił na sobie wszystkie naczelne rysy duchowego oblicza poety: ogromną bezpośredniość psychiczną, genjalną zdolność łączenia się z duszą ludzką i przenikania jej sobą; zdolność komunji, że tak powiem, pod obiema postaciami — myśli i uczucia, tudzież nieporównaną, rzewność, prostotę i idącą z niemi w parze ludowość, w takiem głębokiem znaczeniu, o jakiej my, rozprawiający na zimno i na gorąco retorzy, nawet pojęcia nie mamy.
Co my! Ludowości takiej, jaka przenikała nawskroś całą istotę Lenartowicza, nic miał ani Syrokomla, ani Bohdan, ani żaden z poetów naszych! Bo każdy z poetów naszych, na ludową nutę gęśl strojąc, wychodził z siebie, ze swojej duchowej sfery, z głównego ogniska myśli i uczuć, bądźto uniesiony, porwany, jakimś momentem psychicznym, jak Syrokomla, bądź gwoli zdybanemu z tej strony pięknu, jak Bohdan.
Lenartowicz przeciwnie. Lenartowicz, gdy pieśń ludową śpiewał, wchodził właśnie w siebie, w przyrodzoną sferę swych najgłębszych wzruszeń. Jego ludowość nie była nigdy chwilowym, od zewnętrznych pobudzeń zależnym nastrojem ale była samą treścią jego natchnień, była jego naturalnym prądem twórczym, właściwą muzyką jego.
Inszym pieśni ich ludowe grała lutnia, jemu — dusza.