Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/422

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nagłe przychodził list, papier byle jak złożony, bardzo drobnem zapisany pismem, i pokazywał ci duchowe oblicze oddalonego tak wyraźnie, iż oczy dostrzegały na niem ślady niezbytych tęsknot i gorzkiego chleba. Wtedy biegłeś, i poruszony do żywa, zaczepiałeś tego, owego, temu, owemu chciałeś rzucić słowo:
— Lenartowicz pisał!
— A! I cóż tam nowego?
Co nowego?... Ależ właśnie cała paląca gorycz takiego listu szła z rzeczy które nowemi nie były, nie mogły być, szła z rzeczy niezapomnianych starych.
Ale trafiłeś i na takich, którzy, usłyszawszy, że pisał, z całą dobrą wiarą pytali:
— To on jeszcze żyje?
Mnie samej zdarzyło się pytanie takie po wielokroć słyszć. Najmłodsi zwłaszcza zadawali je z przedziwnym akcentem zdumienia.
Tak prędko jadą — dalecy!

· · · · · · · · · · · · · · ·

Dziesięć lat minęło, jak z rąk Adama Pługa — Lenartowicz nie znał jeszcze wówczas mojego adresu — otrzymałam pierwszy list taki, ową charakterystyczną ćwiartkę, na której rozmach pióra nie zawsze pozwalał skończyć zaczęty wyraz, a linja pisma szła to w dół, to w górę, rzadko tylko i przy obojętniejszych materjach trzymając się prostego szlaku.