Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/421

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


była to obojętność, ani niedocena: to było oddalenie.
Poeta przypominał się rzadko. Dwa, trzy razy do roku spotykałeś tu, to tam, wiersz silnego stempla, mocny czuciem, piękny formą, i taki jakiś odmienny od dzisiejszych, jakbyś go czytał z owych dawnych psałterzów duszy, co to były razem pieśnią i modlitwą. Dziś się już takich nie tworzy.
Tedy jeden się dziwił, drugi i łzę otarł; ale większość prawie że nie rozumiała.
Tak jest. Zaczęto Lenartowicza nie rozumieć u nas. Struny, nawiązane między duchem pieśniarza a nami, rozciągnęły się nadmiernie, zwątlały, i od strony serc naszych odrywać się i pękać zaczęły.
I znowu niebyła to ani niechęć, ani niedocena, tylko — oddalenie.
Lirenkę, Zachwycenie, Błogosławioną i inne pokrewne znaliśmy i kochali zawsze. Te żyły z nami; ale z późniejszych pieśni, tylko niektóre weszły nam w krew i w kość. Inne przt wiały nad nami skrzydłem, szumiącem wysoko, zbyt wysoko może.
A i drogi też nasze odbiegły od siebie.
Jak żył w tem oddaleniu, co czul, co myślał, o to nie pytał nikt, prócz najbliższych, którychby na palcach policzył.