Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/390

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


starym i bardzo ubogim dzielnicom miasta niesłychanie artystyczne piętno. Jest to prawdziwa kopalnia motywów malarskich.
Wcale to tym uliczkom nie wadzi, że je przerywa nagle chruściany płot, albo stare, kamienne, coś biblijnego w sobie mające poidło, gdzie woły przychodzą maczać swoje łby płowe o szerokich rogach; że na środek jej wyjechał bednarz z pobijaniem swojego towaru i że powróźnik, upatrzywszy cichszą przestrzeń, okręca się pękiem pakuł i biegając od rozporki do rozpórki, jak pająk, snuje z siebie włókna, srebrzące się w słońcu.
Nie wadzi im nadewszystko to, że się po nich uwijają smagłe i gibkie, kołyszące się w biodrach wodziarki, które, jak wenecjanki, noszą sądy na jednem ramieniu, a wodę w małych, miedzianych kociołkach.

Tutaj to, za temi małemi okienkami słychać cały Boży dzień suwanie hebli, zgrzyt pilników, warczenie toczydła, sztuk młotków i młoteczków w drobnych warsztatach przeróżnych calzolajów[1], bandajów[2], rodajów[3], fornitorów[4], indoratorów[5], z którymi o lepsze idą w hałasie pełne szczygłów klatki.

  1. Szewców.
  2. Blacharzy.
  3. Kołodziejów.
  4. Tokarzy.
  5. Pozłotników.