Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/389

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

iluminować jeszcze bardzo brzydką, bardzo pospolitą fasadę pojezuickiego kościoła, co mu w żaden sposób mitem być nie może; musi zapalać iskry na bagnecie spacerującego przed preturą szyldwacha; musi wyzłacać trójząb i koronę Neptuna, rozdzielającego wodę w wielkim wśród placu basenie, musi wreszcie kłaść jasność cichą na tę kolumnę kamienną, która stoi na dawnem miejscu tracenia. A kiedy to wszystko uczyni, wytrząsa resztę światła w labirynt małych uliczek, rzucając ulotną pozłotę po wązkich kamiennych, wprost z ulicy na piętro schodkach, na kamienne balkony, zawieszone gdzieś tuż pod dachem, na nieregularne okna i okienka, na wychylające się z zaśmieconych podwórek przepyszne laury, pinie i cyprysy, na mury kapiące bluszczem i pstre od różnobarwnych chust suszących się tu i owdzie, wreszcie na „Piazzutę,” jeszcze jeden popularny plac gorycki, oddany prawie w wyłączne posiadanie najbardzej roztarganym włoszkom, najsilniej plującym włochom, najbrudniejszej i najgłośniej wrzeszczącej hałastrze małych włoszątek.
„Piazzuta,” tak samo jak „Prestan,” słoweński „Pristav,„ jak „Borgo Fratta,” jak „San Rocco,” to prawdziwy skarbiec dla akwarelisty. Kolorystyczne efekty, kapryśne linie, silnie oświetlone płaszczyzny, przepadziste cienie, zaułki, zakamarki, najniespodziewańsze perspektywy, bogactwo i oryginalność typów, nadają tym bardzo