Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/388

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


podnosi się wzgórze, dźwigające stary zamek goryckich panów, tych, co to z patryarchami Akwilei na ostre szli, nietylko klątw, ale się i miecza nie bojąc, charakterystyczną, ogromnie malowniczą budową z XII-go wieku, z całym aparatem baszt, blanków, strzelnic i zębatych murów. A do dziś jeszcze tak to wszystkie krzepkie, tak całe, że wcale ruiną nie jest, ale rycerską strażnicą, którejby i teraz nie ugryzły lada jakie zęby. Rycerską — i orlą. Z baszt tych nietylko przejrzysz wszystkie szczyty, ale zobaczysz morze.
Trudno sobie wyobrazić smutniej komiczny efekt, jak nagłe przeniesienie wzroku z tego orlego gniazda starych wieków na owych wymiękłych oficerków, których niefortunne sylwetki to tło ogromu nietylko unicestwia, ale wprost śmiesznemi czyni.
Jakiej barwy są te odwieczne mury, trudnoby określić. Bywają białe, twarde, jak kość sucha, dzwoniąca; bywają fijołkowe niemal, to znów błękitno-liljowe, miękkie, wsiąkające w powietrze, jakby wydmuchane z wieczornych oparów; bywają całe stopione na bronz złotawy w słońcu; bywają objęte jakby pożarem w łunach zachodu; bywają lekkim różem octhnione w poranek; bywają czarne zadymione, jakby po pożodze. Tak co raz odmiennie maluje je słońce.
Nie jest to wszakże robota jego w tych stronach jedyna. Słońce na „Piazza Grande” musi