Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/387

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pod tym zaś, tak szczególnie oświatlanym firmamentem stoi trzech słoweńców: jeden przy pługu, drugi z kosą, a trzeci oparty na cepie, — kiedy kalendarze ludowe włoskie zdobne są w półnagie panny, lub w mandolinistę, siedzącego okrakiem na księżycowym nowiu.
Czem plac „San Antonio” jest dla włoskiego plebsu w Gorycji, tem jest „Piazza Grande” dla jej klas uprzywilejowanych. Klasy bowiem uprzywilejowane nie mają tutaj tak znów zasadniczo różnych upodobań od plebsu.
Im także potrzeba dużo ulicy, z niewybrednym kalejdoskopem jej ruchu i jej drobnych przygód, dużo na niczem spędzanych dnia godzin, i dużo, jak można najwięcej, słońca. W takich warunkach, kilka słomianych krzeseł i stolików przed wystawą cukierni, czarna kawa, dziennik, cygaro i zalana słońcem przestrzeń, po której spacerują damy, musi przywabiać cały wielki świat gorycki. I przywabia.
Południowa wystawa placu zupełnie jest warta muru pod tarasami Strassoldich: tylko, że się tu ludzie nie na ziemi rozwalają, ale na słomianych stołkach.
Sztukę takiego rozwalania się na dwóch, trzech stoikach naraz posiadają szczególniej mali, wyblakli oficerkowie, którzy, przybywszy tu z Wiednia, muszą przecież okazać czemś, że i oni są „po dunajskiem kroji”. A przepyszne tło mają, ci koszarowi panicze! Tuż za ich plecami niemal