Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/380

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dowisko przed „Pompa funebre”. To jedzie kareta z wieńcem, to wylatuje mistrz ceremonii, cały wyzłocony, jak wigilijny orzech, to niosą chorągiew ze specjalnym od hoc napisem, to wracają żałobnicy we frakach z wielkimi pióropuszami i w srebrzystych szarfach, to smarują, albo myją karawan, już to ten, cały czarny od zwyklejszych pogrzebów, już to ów ze, złoconymi aniołami po rogach, cały błyszczący w słońcu. Już wreszcie stroją konie w żałobne ornamenty. Słowem, cały dzień spektakl i to pierwszorzędny. Słusznie nawet utrzymywać można, że „Pompa funebre” silną robi konkurencyę ustawionej na wschód placu budzie z napisem: „Teatro del Genio” i skromniejszym drukiem pod spodem: „Mord-Scenen, Gespenster und Specialitäten Theater.” Pod czem znów wielki afisz dnia: „La donna brusciata.” A przecież i to jest bardzo piękna instytucya!
W dzień jak w dzień. Kurzy się tam wązkie pasemko dymu ze starego wagonu ustawionego dyskretnie za budą. Ofelja łuska fasolę na opuszczonych ku ziemi, jakby z okrętu do szalupy, schodkach; gromadka dzieci przewraca kozły w piasku, a Otello z tą samą chusteczką, którą Desdemonę dusił, idzie po marchew, albo po kasztany. Ale wieczorem, kiedy po za czerwonym transparentem zapalą dwie lampki, a płócienne ściany budy wydymają się aż od gwałtownych ruchów miotły, jaką pierwsza (i ostatnia!) kochanka wymiata nagromadzone po wczorajszych gościach łupiny