Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/381

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kasztanów i skórki pomarańcz — wieczorem proszę widzieć, jaki się tam robi ścisk! Proszę słyszeć, jakie się tam krzyżują uwagi i spostrzeżenia, jak ci urodzeni melomani, ci oberwańcy uliczni, pomagają ten tenorowi, ów barytonowi w ich partyach. Jaka tam krytyka, jaki zapał!
To jest publiczność, dla której grać warto!
Niedaleko od tego interesującego ze wszech miar placu, na którym zeszły się wszystkie rozkosze, tak życia jak śmierci, wyciąga się długą szyją „Via Rastello” het aż do „Travnika.” Jest to także bardzo stara, bardzo szanowna część miasta, siedziba drobnego handlu i przemysłu. Tu jeszcze widzieć można zamknięte arkadami podsienia, w których „na wiatrach,” jak mówią szlązaki, kołyszą się przeróżne części męzkiej i damskiej garderoby, tuż obok blacharszczyzny, powrozów, pęków lnu, pasem bawełny, i wełny, sztucznych kwiatów, butów, kołder i wszelakiego, „blaga.” Ta ulica i to „blago,” porozkładane w sztukach jaskrawych bawełnic, to w kratę, to w pasy, to w przeróżny deseń, jest prawdziwym Rubikonem dla „bab,” wracających z Travnika. Niejedna też zostawia tu wszystko, co zarobiła na targu, od północka niemal tłukąc się po wertepach z koszem na głowie, byle tylko o świcie do „Gorycy” zdążyć. Ale też tyle tu pokus, że sam św. Antoni nie oparłby się im chyba.