Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/379

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bardzo czynna, tutaj gnieżdżąca się instytucja: „di Pompe funebre.” Jak się tam żyje, tak żyje w Gorycji; ale że się w niej umiera z wielkim hałasem i z wielką paradą!
Przedewszystkiem dzwony. Każdemu nieboszczykowi, który choć siaki taki grosz zostawił, dzwonią jak na pożar, jak na gwałt, jak na Rezurekcyę.
Więc najpierw huczy wielki dzwon w Duomo; zaraz za nim rozbija się „San Rocco,” dalej leci kariljon z bombiastych wież pojezuickiego kościoła; za nim w te pędy biją, jak na alarm, u Panny Maryi na „Piazzuta;” tuż zaraz u kapucynów przy „via san Pietro; dalej znów u Franciszkanów na Castagniavizzy, a nad całą tą mięszaniną jasnych i głuchych, uroczystych i skocznych niemal tonów, spazmatycznie się trzęsie piskliwa sygnaturka w rogu galeryi, tam właśnie, gdzie się mieści szlachetna „Pompa funebre.”
Komuś, co przybywa z umiarkowanych pod tym względem krajów, np. ze Szwajcarji niemieckiej, gdzie pogrzebów odbywanych zrana i pocichu nie widzi się prawie, ten ciągły tumult dzwonów w powietrzu robi także wrażenie, jakby tu umarli zajmowali daleko więcej miejsca, niźli żywi. Nie utrzymuję, ażeby śmiertelność była tu znaczna; owszem jest dużo warunków zdrowia i długoletności, ale ten ruch, ta krzątanina, ta masa giestów i słów, z jaką włosi przywykli załatwiać każdą sprawę, tworzy ciągłe wi-