Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/378

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ogrodnik zamarzyć może, wystawę południową, coś nakształt wybornych inspektów, w których włosi wygrzewają się na wszystkie boki, tak jak wczesne ogórki albo pomidory.
Przyjdź, kiedy chcesz, zawsze ich tu pełno. Jak mur długi, rząd podpierających go pleców, wymachujących rąk, okrągłych kapeluszy i pluszowych czapek, czerwonych i niebieskich, około bioder okręcanych pasów, tudzież śniadych twarzy, którym słonce w same zęby świeci.
Co robią ci ludzie?... A nic tymczasem. Żyją. Gadają, palą tytuń, plują, a przykrzy się któremu stać, to się kładzie wzdłuż lub wpoprzek drogi, jak fantazya przyjdzie. A zresztą mają patrzyć na co. Przedewszystkiem na środku placu stoi „Mercato coperto.” Jest to szeroko zatoczone kolisko, nakryte dachem okrągłym nakształt wielkiego parasola, na słupach rozpiętym, pod którym pierwszy, najściślejszy krąg tworzy otwarty w rannych godzinach targ rybny i mięsny, a drugi obwód, z za lekkiej kraty widny, stanowią cały dzień czynne stragany warzyw i owoców. Rzecz jasna, iż pomiędzy straganami tymi a murem odbywa się bardzo czynna wymiana nietylko słów i spojrzeń, ale także ogryzków z gruszek i łupin z pomarańcz.
Ale to zaledwie część rozkoszy, jakich tu doznać można.
Wskroś przejrzystego „Mercato” widać ciągły niemal ruch, jaki w galeryi Lanthierich sprawia