Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/377

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

rzecz, że musiało to wyrodzić srogie niechęci, nieprzyjaźń głęboką. Przypuszczać nawet można, że w dawnych, mniej uporządkowanych stosunkach i czasach to słowackie „Hola s poti!” „precz z drogi!” musiało brzmieć daleko energiczniej, z daleko większą siłą. Świadczyć się o tem zdaje choćby fakt, że już nie w samej kotlinie goryckiej, ale na całem tem adrjatyckiem pomorzu, ziemia w trzech czwartych nosi nazwy słowiańskie i ma silny słowiański charakter. Co do włochów, ci także wzięli swój rewanż.
Obsiedli miasto tak, że po za niewielką ilością kramarzy trudno w niem o słowaka, no i wystają po ulicach, ile dusza raczy.
Linia przecinająca Gorycję, od południa ku północy licząc, ma trzy najpodatniejsze do wystawań takich punkty. Pierwszym z tych punktów jest stary, jeden z najstarszych w hierarchii ulic goryckich, plac: „San Antonio,” obrzeżony od południa delikatną linią arkad nizkiego krużganku pałacu Lanthieri, który, cofnąwszy się w kąt wschodni, tę niezmiernie malowniczą, na sposób boloński stawianą galeryę swoją wyciągnął daleko w ulicę; plac ten zamknięty jest na północ długim, wysokim murem, podtrzymującym wzgórzyste tarasy pałacu Strassoldi.
Ten to mur właśnie, osłoniony od zimnych powiewów tarasami, po których cyprysy i oliwne drzewa wstępować i zstępować się zdają, tworzy najpiękniejszą, o jakiej tylko wybredny