Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/376

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


piero co stworzone siłą wypadków, nietylko nie rugując z niego nikogo, ale coraz rozszerzając koło zbytu dla rąk pracujących.
Ale słowak i włoch, ci obaj stanęli odrazu na gruncie silnego współzawodnictwa, i to na gruncie tak szczupłym, że jeden drugiemu koniecznie deptać musiał po piętach. Pomyśleć tylko! Ta mała bądź co bądź dolinka, zamknięta dokoła górami, w żaden sposób rozszerzyć się nic chciała, choć ludność obu plemion powiększała się i rosła; góry pozwalały wprawdzie wdrapywać się na siebie winnicom i sadom, ale tylko za cenę ogromnych mozołów i szczupłego plonu, a i to nie wszystkie. Dotąd widać zapuszczone i porzucone winnice, które się nie opłacały na wschodnich stokach wyżyn. Ci więc nawet, co się tam wdarli, niewdzięcznej próbując pracy, i ci wpadli napowrót w gorycką kotlinę, gniotąc jedni drugich i wzajemnie przeszkadzając sobie.
Czuł słowak od wieków, patrząc na włocha, że gdyby tu był sam, to ten kęs ziemi, jaki ma — a oto mu zawsze najbardziej chodziło — mógłby być dwa, trzy, cztery razy większy.
Czuł i włoch, na słowaka patrząc, że gdyby ten nie czatował tak pilnie na każdą korzyść, na każdy zarobek, on mógłby — a o to także najwięcej mu chodziło — nie dwie i nie trzy godziny stać, próżnując na ulicy, ale pół dnia choćby, i zawszeby jeszcze na czas do roboty trafił, i niktby go do miłego „soldo” nie ubiegł. Oczywista