Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/358

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nieco. Jego prosty, prostymi środkami wyrażożony sentyment nie znosi zbliżenia z żywiołową potęgą Wagnerowskiej ekspresyi, z jej namiętną siłą, z jej panteizmem, z tem wszystkiem, co się stało kanonem niemal w nowoczesnem pojmowaniu muzyki.
Zachowała się wszakże w operach owych rzecz jedna nienaruszona i świeża: fantazya ludowa, poezya ludowa, z owym powiewem romantycznym pierwszych pieśni i ballad żytawskich, a także śpiewność — w chórach szczególnie — ta sama, którą po utracie głosu umiał Marschner zakląć w panieński klawikord pani Chrystyany z domu Cassel. Został także humor ludowy, uosobiony w komicznych figurach trzech kapitalnych oper, których wystąpienia na scenie odpowiadają mniej więcej owym humorystycznym intermezzom, jakie wstawia Szekspir w swe dzieła, a które dają nietylko pożądaną rozmaitość, ale i tło, od którego groza sytuacyi tem więcej odbija.
Dziś, kiedy na ratuszowym placu rodzinnego miasteczka Marschnera stanęły śpiewacze drużyny niemieckich związków pieśniarskich, aby uczcić stary podupadły dworek, na którym świeci złoty pamiątkowy napis, wybłysła, wskrzesła, objawiła się raz jeszcze owa niezrównana śpiewność Marschnerowskich kompozycji w przepysznym chórale: