Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/349

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


żył tabaki benedyktynki zażyć i w kułak kichnąć z cicha, poczem wszystko poszło jak z płatka.
Kiedy już zasypano mogiłę, a kobiety i dzieci na wóz dla powrotu gramolić się miały, młody parobczak deskę z wozu wyjął i na ramię ją sobie założywszy, przodem przed wołmi ruszył w góry. Nie godzi się na desce takiej siadać. Na niej to bowiem zmarły zaraz po skonaniu położony był i do trzeciego dnia, od północnej strony, na ganku chaty swojej leżał, po raz pierwszy udziału w jej pracach i troskach nie biorący, leniwy i cichy.
Syn zmarłego, parobczak ten, który z tą śmiertelną deską do chaty wraca, dziś jeszcze, iż rękę młodą ma, wypisze na niej ojcowskie imię, i nazwę rodową, i lata życia, i dzień śmierci i deskę tę u węgła chaty pod belką zawiesi.
Kilka już ich tam jest, po dziadach i pradziadach jeszcze.
Kiedy w zimowy wieczór kobiety u kądzieli siędą, chłopak w kapeluszu z głuszcowem piórkiem, z zieloną taśmą strzelbę na ścianie zawiesi i na cytrze brząkać zacznie, a wiatr zahuczy, zadmie, iskrami z komina pomiecie, przelęknie się najmłodsze dziecko, do matki przytuli i zawoła, że ktoś za oknem puka.
Ale spóźnionemu wędrowcowi temu nikt nie wyjdzie otworzyć.
Cytra tylko, nagle brzęknąwszy, umilknie, wdowa westchnie ciężko i pochyli głowę, a dziew-