Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/346

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Spostrzegasz tu przedewszystkiem, z czterech stron zamykający cmentarz i arkadami podzielony krużganek, w którym malowidła ścienne straciły nietylko w znacznej części barwy, ale i kontury nawet. To jednak rozpoznać można, iż motyw obrazów tych stale się powtarza. Jestto zawsze wskrzeszenie córki Jaira, młodzieńca z Naim, Łazarza, niekiedy grób Chrystusowy, niekiedy zmartwychwstanie Jego, niekiedy wprost wielki nagi szkielet na kosisku oparty. Zawsze nadzieja czepiająca się rozpaczliwie życia z głębi swej nicości. Płaskorzeźba i właściwa rzeźba te same przedmioty za malowidłem powtarza, dodając niekiedy sama od siebie wielki krzyż pusty, czarny albo biały.
Wdowa po Mozarcie na tym cmentarzu leży; a jestto może jeden z ostatnich grobów, na jakie tu znaleziono miejsce. Ziemia jest przepełniona trumnami, nie chce już ich więcej. Ma dość tych prochów, tych kości, tych zbutwiałych desek i tkanin. Ma dość tych uderzeń rydla i łopaty, które raz wraz odrzucają jej to, co wydała na świat.
Gdzie tam! Na tej przestrzeni nie urodziła ani tysiącznej części tego, co jej tu zwalono. Dlaczego ludzie tak się zawsze tłoczą, w życiu i po śmierci? Ostatni krzyż, który tu wbijano, wbito w proch ludzki, nie w ziemię. Dosyć, dosyć tego!