Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/342

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A tam widzisz, jak to młynarza udaje, jak dźwiga na plecach wór kości, jak je na kosz zasypuje, młyn puszcza, nastawia pytle? Widzisz, jak mąka się sypie? Uważ tu sobie politykę śmierci. Z jednego ganku idzie razowa mąka z chłopskich kości, byle jak, aby prędzej zmielonych z ościami nawet, a z drugiego pytlowana, delikatna, ze szlacheckich kości. Żydowskie śmierć wytrząsa osobno, na koszer.
A teraz ten obraz na lewo, gdzie śmierć przy wagach stoi. Patrz! waży serce i kotwicę, miłość ludzką i nadzieję.
Obie te zabawki złamane są i nie trzymają wagi. Śmierć uśmiecha się ironicznie, jak filut, o którym myślisz, że jest oszukany, a on ma w zanadrzu jeszcze lepszą sztuczkę.
Gdzieindziej znów przybiera postać organisty, a kiedy ksiądz ku chórowi się obróci i „Te Deum” intonować myśli, organ pod jej dotknięciem brzmi „Dies irae,” aż się szyby trzęsą. Już niejedno takie nabożeństwo ta psota zepsuła!
Komu się przebierze konceptów, jej nigdy. To się jak dziecko bawi i drobne krzyżyki w suchy piasek wsadza, to szlachciców w deljach z ukłonem dworskim do beczki tokaju prowadzi, to z głów uwieńczonych laury i djademy zrywa, to jak żongler czaszki zręcznym ruchem w powietrze ciska, ani zgadniesz, która mędrca, a która głupiego, bo ciągle się mijają i naprzemiany jedna w dół, druga w górę leci.