Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/341

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Taniec ten zresztą, to stara sztuczka, która już za grosz świeżości nie ma w sobie.
Wejdź tylko do cmentarza kaplicy u św. Piotra, tam gdzie siostra Mozarta jest pochowaną i spojrzyj po ścianach. Czy widzisz te obrazy? Trochę czarnej, trochę żółtej, trochę burej farby, jedno z drugiem nic, a jaka w tem ucieszność...
Przedewszystkiem nie myśl, że to jest fraszka utrafić uśmiech śmierci. Że śmierć zawsze się uśmiecha, to wie każdy prostak; ale tych uśmiechów jest cała skala, od wściekłości do ironji, od roskoszy do osłupienia, od kokieteryi do wzgardy, od pieszczoty do zgrzytu. Tego nie zliczy nikt, a tylko mistrz niektóre odcienia oddać potrafi. Że śmierć salcburską mistrz malował, to poznaję po jej uśmiechu.
Patrz tylko, z jaką dobrodusznością damy i panów tabaczką z małej klepsydry częstuje.
Z czego tabaczka robiona, nie wiem.
Damy i panowie biorą i kichają, a kto kichnie ten już na ziemię pada. Stolarczyki wszystkiemi drzwiami pchają się miarę brać, ale i tak nadążyć nie mogą, a śmierć aż się za boki bierze.
A oto na drugim obrazie w kręgle sobie gra; kto z czego, a ona i pieszki i króla z piszczeli sobie ma, a trupią główką niby kulą rzuca.
Co machnie to król, albo i królowa; hołoty nie liczy nawet.