Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/333

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


o ich białość zimną zrazu i surową, swojem ciemnem, tajemniczem skrzydłem.
Naraz uderza ci w oczy coś błękitnego, coś jasnego, coś jakby szmat nieba...
W najdalszej głębi owej perspektywy, korytarz rozszerza się w półkrężną kaplicę ze szklaną kopułą, która ją zalewa żywym drgającym błękitem, roztęczonym od anielskich skrzydeł, tak, że szum ich zda się uchem chwytasz.
Wszystkie te anioły, pędem ku ziemi rzucone, unoszą się nad sławnym żłobkiem Polidora.
Jasełka neapolitańskie, znacznie od genueńskich większe i wspanialsze, różnią się też od nich niemało i pod względem samego pomysłu. Tam rzecz prowadzona z epickiem zacięciem, ze skoncentrowaniem szczegółów w kierunku akcyi głównej, z dośrodkowym ruchem mas, ożywionych jednem uczuciem i jednem dążeniem; tu liryzm, luźna epizodyczność i indywidualizm najniezależniejszy.
W żłobku Maragliana tło, pejzaż jest rzeczą podrzędną; właściwie ziemi używa on o tyle, o ile potrzebuje na niej ustawić swoje nieporównane figury. Krajobraz nie istnieje u niego; jeśli tam i są pewne wyniosłości, pewna falistość gruntu, jeśli są — ubogie zresztą — drzewa, to służą one do uwydatnienia planu kompozycyjnego i kierunków ruchu. W terrakotowych jasełkach Polidora pejzaż istnieje sam dla siebie, jest rzeczą obmyślaną i skończoną samą