Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/332

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ribeiry; ma także zachwycającą w swej prostocie „Adoracyę pastuszków” Guido Reniego, nie licząc ciekawych fresków i bogatego chóru ze stallami inkrustowanemi drzewem, którym nie ustępują jedne tylko mozaiki drzewne pawijskiej „Certosy.” A jednak nie to wszystko ludzie tam oglądać chodzą. Chodzą tam oni oglądać stary żłobek Polidora, przedmiot czci i nabożeństwa na całej zatoce.
Dla tego też nie radzę wybierać się na San Martino w niedzielny poranek; stroma góra, wiodąca ku niemu, jest wtedy jedną kompanią pobożnych, nie licząc osłów, niosących dzieci i kosze z prowiantem. Kartuzyę zwiedzać trzeba w dzień powszedni, pod zachód, kiedy słońce nie oślepia odbitym od morza blaskiem. Wtedy i żłobek przedstawia się najlepiej.
Kiedy już staniesz w wewnętrznym dziedzińcu, a obejrzysz się po tym cudnym czworoboku, objętym najczystszą dorycką kolumnadą, w pośrodku której, z pomiędzy róż i bluszczów, bije perłowa fontanna, wtedy dopiero czujesz, jakie to rozkoszne schronienia dawały samotnikom te stare „inchostria”. A tuż ci wzrok ucieka niezmierną perspektywą długich, pustych korytarzy, których ściany tworzą prawdziwe muzeum starych napisów i płyt grobowych, płaskorzeźb, odłamów kapiteli, torsów — wszystko to z miękkich, złotem nabranych marmurów, tak, jak je tworzy czas, ocierający się przez długie wieki