Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/331

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bo tylko wzroczkiem pacholąt, zapatrzonych w gwiazdę, z całością się luźno wiążący, ale jedyny to w żłobku tym epizod, który ci będzie wracał marzeniem do głowy, długo, może zawsze.
Drugim słynnym żłobkiem, jaki miałam sposobność widzieć ostatniemi czasy, były jasełka Polidora, przechowywane w Neapolu, w starej kartuzyi św. Marcina.
Właściwie nie jest to już kartuzya, ale muzeum, zamknięte w obrębie dawnego „Inchiostro” na wzgórzu Sant’ Elmo, z którego szczytu nieporównany widok na miasto i na zatokę. Kręgiem tu oczy za słońcem chodzić mogą i coraz nowe piękno w nie uderza. Pestum, Amalfi, Baje, Miceny, Sorrento, Capri, Ischia, jedne w rażącej bieli, inne w spiekłej czerwieni, jeszcze inne rozpuszczone w liliowych oparach, rzeźbią brzeg morza, niby drogą czarę, po wrąb szafirem nabraną.
Już dla samego widoku tego warto choćby nie powozem, a pieszo, jak do cudownego miejsca, na San Martino iść, ku czemu w Rzymie jeszcze otrzymałam cenną wskazówkę z ust starego towiańczyka, a stąd naszego wielkiego przyjaciela, senatora Tankreda Canonico, którego szanowne imię z wdzięcznem wspomnieniem tu kładę.
Kościół kartuzyi z pierwszej połowy XIV-go wieku, ma oprócz drobnych kilku płócien Lanfranca, Caravaggia, sławne „Zdjęcie z krzyża”