Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/330

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


między nimi różnica, że kalecy Arcagna do śmierci wyciągają ręce, a dziady Maragliana do babich kobiałek.
Zmądrzeli!
A kiedy tak z prawej i lewej strony lud wali, na pierwszym planie, poniżej stajenki, jakoby nie wiedząca o niczem, stara, bardzo stara prządka na zydelku przed chatynką siedzi, z wrzeciona siwą wełnę puszcza i prawi coś gromadce wnucząt, wśród których sterczą puszyste uszy królików. Kto wie, o czem prawi?
Może o owych czasach, w których jagnię obronione będzie od wilka, a gołąb bezpieczny od jastrzębia gniazdo swe uściele...
Dzieci popodnosiły głowiny, jak wróble, a tu im gwiazda wielka i złota twarzyczki blaskiem obleje...
Stara gwiazdy nie widzi, ale ją czuje; może ma ją w piersiach, gdzie serce. Ale niemowlątka ją widzą. One patrzą na cud poufale, bez dziwu, brat za brat z rzeczami, które nie są z tego świata.
Grupa ta stanowczo z całych jasełek najlepsza, najidealniejsza, owiewa tchem poezyi prawdziwej cały Maragliana żłobek. Ta stara wiejska Sybilla, która nić szarą tradycyi na wrzecionie przędzie, puszczając ją w czas nowy i w dzieciątek duszki, ma coś z biblijnej surowości i prostoty. Jestto wprawdzie jedyny punkt, nieześrodkowany z ruchem kompozycyi i jakby mu obcy,