Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/329

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Tuż zaraz przewoźnicy z wiosłem na ramieniu, z różą za uchem, w opadającym po pustych ziobrach pasie z czerwonej wełny; tuż rybacy z sieciami na przełaj, jakoby czując, że się przybliżają cudowne jakieś połowy, jakoweś to moce po wierzchu wód ludzi noszące...
A kiedy tyle ludu wali, jak na odpust, czy to już dziady mają być ostatnie? Wcale nie! Ot, jak szydłem ciągną, a sztykutają, a śpieszą, byle tylko babom drogę zajść, a choć główkę czosnku uprosić. Chromi, koszlawi, jednoocy, zjedzeni nędzą i chorobą...
Maragliano, który, mimo swoich alegorycznych figur „la Verita” i „la Gloria,” nigdy klasykiem nie był, umiał tu pochwycić szpetną prawdę życia, jak flamandczyk jaki.
Dziady jego, to prawdziwa, autentyczna, niedomyta i niewyczesana „Kanalia;” a kiedy ich Centanaro w łachmany odział, a plaster na oko, czy też na nos wlepił, to żaden pies psemby nie był, żeby na takiego nie szczekał.
Okrutnie też ujadają psy Piccalughi, aż na zadach przysiadając a chrypiąc; a dziady szczudłami na nich, albo-li koszturem. Pacierz to marmocze jednym zębem, a drugim klnie, a trzeciego wcale w gębie nie ma.
Gdzie Margaliano widział takich dziadów?
Jeśli nie u nas w Zaduszki, to chyba w sławnej owej grupie żebraków Arcagna, w wielkim pizańskim fresku: „Tryumf śmierci.” Ta tylko