Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/328

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sety na tem ciemne, spodniczyny z brunatnej wełnicy, jaskrawe fartuchy rzymskie, zaścieżki u koszul barwiste, na głowach chusty białe, jak je w Albano noszą, albo srebrzyste szpile lombardzkie. Bez tchu biegną na głos, na kapelę, ani wiedząc, że to anielskie grajki tak gdzieś rżną od ucha.
Za dziewczętami żołnierze. Nie byliby żołnierzami, gdyby się innego trzymali porządku. Jakież to draby od luźnej komendy! Zawadyacka mina, berdysze w ręku, na nogach ciężkie buciska, awantura patrzy im z oczu. Aż strach, co pocznie Józef staruszek, kiedy ta cała hałastra do szopy wpadnie.
Za żołnierstwem gromady dzieciaków ciągną psy, koty, niosą małpki, papugi, jagnięta. Może tam nie akurat tak było w Betleem, ale Piccalugha zrobił sobie szerokie pole popisu. Mało który z tych starych animalistów, których dzieła papieże w Watykanie chowają, prześcignąłby go w uchwyceniu indywidualności, temperamentu tych uciesznych bestyi. Dzieciaki, jak dzieciaki: łobuzowate to, obszarpane, od słońca ogorzałe, na surowej jarzynie ochudłe, ale za to każdą parę oczów mógłby Amor brać bez wyboru od tych hultajów i na zmianę nosić.
A tuż znów drepcą podobne do cyganic baby z młodszymi bębnami, w chustach u karku, z koszami jaj, z kurczętami, z serami; właśnie jako u nas niegdyś bywało o świętomichalskim czynszu.