Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/327

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wędrownego cieśli, ale pani chórów anielskich, które tuż nad nią z rozwitych wstęg „Gloria in excelsis” śpiewają.
Stary Józef, onieśmielony, bierny, cofa się w głąb za żłobek, między szerokie łby wołów, mając jeszcze poły od drogi podgięte, kij w ręku, a stopy w łapciach.
Z prawej i z lewej strony huk ludu wali.
Najbliżej dobiegają pasterze, od ognisk, od szałasów nocnych, pędząc przed sobą bure owce i brunatne kozy. Są to zwykłe pastuchy z Abruzów, wyborne w swej szkicowej, nieco szorstkiej charakterystyce. Kozy nieporównane. Ledwo na nie spojrzysz, już wiesz, że to te same, które pod zachód słońca do miasta, dzwoniąc, z ciężkiemi wymionami wchodzą, aby się zatrzymymywać w bramach i wstępować na schody, gwoli wieczornym udojom. Trochę przez psy i dzieci obszarpane, trochę wyrudziałe, kozy te z przedziwną rozmaitością tak ruchów, jak fizyognomii, są prawdziwem arcydziełem dłuta Piccalugi.
Ale jeszcze pastuchy nie zdążyły dobiedz, kiedy im drogę przetknęły dziewczęta. Leci to na oślep, bezpamiętne, wesołe, puste, strojne.
Zagrało coś... Cości zagrało kędyś! Mniejsza, na ziemi, czy na niebie, do tańca, czy do różańca...
Już się to rwie, już się to pobrawszy za ręce, leci na złamanie karku, gubiąc po drodze czerwone patynki o białych lipowych korkach. Gor-