Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/334

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


w sobie. Znać w nim wyobraźnię południowca, rozkochaną w pięknościach nieba i ziemi.
Głęboka perspektywa gór, spadki strumieni, wąwozy, rozkład światła i cienia na wielkie masy drzew, na odłamy zwalonych kolumn, do których się tulą nędzne wiejskie szopy, większość konturów, wsiąkających w błękit na najdalszych planach, słowem, coś w rodzaju tych heroicznych pejzaży Mikołaja Poussin, które wywołują w duszy widza taki nastrój, jakby się w miejscu tem coś niezwykłego stało, lub stać miało.
I ten to nastrój panuje w całem dziele Polidora, jako ton naczelny. Już sama ta chmura aniołów, ta wizya seraficzna, z nieba ku ziemi rzucona, zapowiada niezwykłość zjawiska. Nie widzą ich ludzie po chatach, przy chudobie, przy pracy, przy uciechach swoich, przy troskach i zabiegach zajęci. Ten niwę orze, tamten konie pasie, ów się przepiera z zawadyaką, co mu w austeryi w drogę wlazł; inni wesele sprawiają i tańczą przy kobzie, że aż w niebie słychać; tam dostatnia karoca wali z państwem, a za nią służebna drużyna; ówdzie mielnik śmigi u młyna nastawia i węszy w pole, skąd mu wiatr zawieje; tu rybołowy wracają z więcierzem, pastuchy przy ognisku gwarzą, dziewczęta zaloty z chłopakami stroją, ba, są i kupcy, i mnichy, choć im na świat nie czas; są i baby znachorki wróżące, i dzieci, i starce, i różny statek domowy, ot, jakbyś ściany rozkrył i każdego w małościach i za-