Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/298

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nic dziwnego, że przy tak dzielnej pomocy natury samej, system leczenia rachityków w Nervi niema w sobie nic z owych galeryi tortur, które przerażają w zwykłych ortopedycznych zakładach. Jakieś sprzączki, jakieś lekkie, składane krzesła z podnóżkami, a przytem pożywienie dobrane, oto prawie wszystko, czem tu się straszy dzieci i mniej od nich częstokroć odważne matki.
Gdy wszakże wysiłek ludzi do spółki z przyrodą poradzić nie może, tworzy się z tych „zapóźnieńców”, „tardifs”, nowy oddział, w którym ciężka praca budzenia uśpionego mózgu jest naczelnem dziełem. Częściowo udaje się to, jak pokazują rezultaty, na wystawie zebrane. Częściowo wszakże nie udaje się i wtedy powstaje nowy szczebel w dół i w cień: sekcya idjotów. I tu jeszcze nie ustaje praca i tu jeszcze przyświeca nadzieja. Na tle mechanicznie wykonywanych robót ręcznych widać jakby czatowanie wychowawcy na przyjazny moment, na chwile krytyczne, przełomowe, o które raz zahaczywszy się szczęśliwie, przyćmiona inteligencja dźwiga się ku rozwojowi, ku światłu. Ale są i takie biedne mózgi, które fatalnie w dół ciążą swym niedoustrojem, aż do dna otchłani, aż do tego działu, który się „Manicomia” zowie i jest niczem już innem, jak zakładem dla obłąkańców. Łańcuch pracy nie przerywa się i tutaj jeszcze. Oto widok dziwny i smutny: wystawa robót zakładu.