Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/281

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ry konary, z których każdy ma osobną fajkę; albo jak cygara z Honduras, plecione po trzy razem i wyzłocone wierzchem.
Czyżby misje umyślnie wyniszczały dawne przemysły tam, gdzie się wpływ ich dostał? Bynajmniej. Tylko że razem z tym wpływem przychodzą nowe wrażenia i pojęcia, inne widoki, potrzeby i wzory; przychodzi jakiś podmuch nowego życia, który wygasza drobne płomyki samorzutnej fantazyi, jakie się tam niegdyś pod wpływem bezwiednego dążenia do piękna zatliły.
Wpółdzikie gromady ludzkie stanęły na rozdrożu i nie przyswoiwszy sobie kultury obcej, straciły ufność do własnej. Kiedyś rozwinie się tu życie normalne, świeże; teraz wykarczowane z dziko ją zarastającej twórczości, jest polem pustem, podoranem zaledwie pod posiew cywilizacyi i przepuszcza tymczasem z pod odłożonej skiby dziwaczne i brzydkie chwasty.
Pług, który to wielkie pole podorał, tkwi zatknięty na niem: to krzyż. Jest to prawie jedyna dotychczasowa zdobycz pracujących misyi, zdobycz ani łatwa, ani nawet trwała. Zatknięty krzyż obalanym bywa nieraz i nie dziesięć razy. Często też przygniata sobą tego, kto go zatknął.
Wiedzą o tem misyonarze i nie jeden wziąwszy już z Propagandy kij pielgrzymi i pomodliwszy się na „Ara Coeli,” waha się, trwoży, za siebie pogląda. A wtem mu w oczy błyśnie ów