Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/282

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mały kościołek, za bramą św. Sebastyana, na „Via Appia” stojący, który się zowie: „Domine, quo vadis?” I uderza mu w serce płomienny dech dawnych wieków i staje mu w myśli stara, stara legenda, z owych to dni, kiedy święci po ziemi chadzali.
Onego czasu szedł tędy śpieszno Piotr święty, uchodząc z Rzymu przed kaźnią, jaka mu groziła. Nagle pojrzy — aż tu wprost niego idzie Chrystus, obciążony krzyżem. Twarz ciemna, bolesna, grzbiet zgięty, utrudzone stopy. Zatrwoży się Święty i pyta: „Domine, quo vadis?” — „Dokąd idziesz, Panie?” — A Chrystus: „Do Rzymu idę, Apostole mój, aby tam raz jeszcze być ukrzyżowanym za ciebie.”
Więc nagły potok łez rzucił się z oczu świętemu, a idąc pilno wrócił się, aby wycierpieć męczeństwo.
Stara legenda robi swoje. Misyonarz idzie i często nie wraca; ot, ziarnem jest, pod skibę karczowiska na przyszły plon rzuconem. A wtedy, w jasnej, błyszczącej mozajkami sali Watykanu, która poprzedza wielkie „Stanze” Rafaela i w której na miejscu naczelnem skrzy się i bucha całe ognisko barw wielkiego „Zwycięztwa pod Wiedniem,” w sali tej przybywa po dwóch, po trzech latach, jeszcze jedno przepysznie obramione płótno, na którego pierwszym planie widać srogie, postrojone w pióra głowy i ciężkie kamienne topory, godzące w odkrytą pierś. Tuż