Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/280

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wnątrz, fantazya ta gaśnie, wypacza się, zamiera i tworzy konwencyonalną brzydotę. Śliczne lekkie plecionki mat z Honduras zamieniają się w grube wyroby wojłoku; haft, malowany słomą i ością rybią, wypiera ordynaryjne roboty szydełkowe; rzeźbione siekierki, łyżki, czerpaczki z Kolumbji zastępują pospolite blaszane naczynia, a mozajki drzewne z Costaricco przechodzą w twardą, surową snycerszczyznę. Strzały, tarcze, topory, trąby z bronzu, harfy z kory — wszystko to znika; nawet dziwaczne, lecz niepozbawione wdzięku amulety zmieniają się w szpetne, małe bałwanki w dominikańskim albo franciszkańskim habicie.
Kacyk ze starej kanady porzucił teraz swój, potrójnej tjarze podobny, hełm z piór papuzich i na swych czarnych prostych włosach wiąże bawełnianą chustkę czerwoną, jak to czynią nasze wiejskie baby; żona zaś jego, wstydząc się naszyjnika, nizanego z lśniących, barwnych, podobnych klejnotom muszelek, zrobiła sobie kolję z kilkudziesięciu żółtych, blaszanych naparstków, przekłówszy je i umocowawszy u ordynaryjnej bawełnianej taśmy.
Brzydkie kartonowe koszule, szpetne perkalowe kabaty, grube wełniaki, pospolite chustki, — oto co teraz wyrabia Arakannja, Santa Rosa, Kolumbja i inne. Na tem tle zerwania z tradycyą twórczości powstają też takie dziwolągi, jak ów cybuch z Sarany, rozgałęziający się na czte-