Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/263

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i swoje chorągwie; mają oni także swoją zasadę: nie mięszają się do polityki. „Wzajemna pomoc łączy, polityka dzieli,” powiedział im kiedyś Crispi i to powiedzenie zostało dla nich ewangelją. Panowie mularze gardzą tedy wielkiemi okrzykami stronnictw, idą sobie spokojnie, cicho, o ile kupa południowców cichą być potrafi, a ich orkiestra gra marsza z „Aidy,” co, jak się zdaje, nie obraża ani lewicy, ani prawicy, ani środka parlamentarnego. Ale i w tak neutralnem stowarzyszeniu lęże się robak niezgody: oto stają na klinie, którym z „piazza Nuova” uciekają w dół dwie wązkie ulice. Jedni chcą iść na bicchieratę do oberży „Della Pace,” gdzie po kilku butlach Monferratu wybuchnie wojna, jak dwa razy dwa cztery; drudzy ciągną gwałtem do oberży „Dei Amici,” gdzie wszystkie wesołe uczty kończą się regularnie kłótnią i rzucaniem stołków. Zasadę neutralności zachowuje tylko sama orkiestra, która, stając na rozdrożu przed rozdzielającym się, jak widły, pochodem, po raz trzeci zadyma w trąby bohaterskie tony marsza.
Ale jeśli na ulicy te małe huczki robią huk porządny, niemniej i w lokalach zamkniętych kipi, niby w ulach.
Naprzykład drukarze. Ci nie znaleźli tak wielkiej sali, w którejby przyjąć mogli towarzyszy zacnej sztuki swojej, którzy się z całych Włoch zjeżdżali na uczczenie Kolumba.