Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/264

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Jajko” okazało się stanowczo za małe. Wielki salon restauracyi „Columbo” zajęło towarzystwo dymisyonowanych żołnierzy z Aleksandryi; na San Frutuoso powiewa olbrzymia biało-zielona chorągiew z genueńskim krzyżem i potężnemi literami S. O. di S. M. Co znaczy „Societa Operaia di Mutuo Soccorso,” na co spojrzawszy dość wiedzieć, że tam niema i zaglądać po co.
Co mieli robić? Wynajęli sobie pokład na „Manilli,” na którym się mieści ze dwa tysiące ludzi, a kiedy po tęgiej bicchieracie zagrzały się czupryny, urządzili sobie na wety małą przejażdżkę wzdłuż Riviery, co im nietylko nie mogło zaszkodzić, ale owszem mogło znacznie pomódz, zwłaszcza przy cytrynach i wodzie sodowej.
Ale nie same chude pachołki bawiły się bez programu: książe Monaco z uroczą swoją księżną, hrabia Turynu, książe Neapolu, wszystko to ucztowało, balowało, tańczyło, urządzało „lunche,” widowiska, czując się może nawet swobodniej, niż za bytności królewskiej.
A potem kongresy! Genua od jak żywa nie była zapchana tylu uczonymi, jak obecnie. Przedewszystkiem botanicy. Ci zainaugurowali swoje posiedzenie w pysznej „Aula Magna” tutejszego uniwersytetu, przemówieniem profesora Arcangeli, prezesa włoskiego Towarzystwa botanicznego, któremu odpowiedział pan syndyk w mowie tak kwiecistej, iż słuchaczom zdawało się, że zostali przeniesieni na łąkę, w poranek