Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/262

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Genui budować umiano, ścieląc je z najbielszych marmurów, szeroką, podwójną, ledwie wznoszącą się linją, łącząc w krużganki powietrzne, na kolumnach wsparte i znów je dzieląc pod sklepieniami, zdobnemi w najbogatsze freski.
Oglądasz tedy trochę naiwne malowidła, przedstawiające przyjęcie Don Juana austryackiego przez Dożę rzeczypospolitej genueńskiej, Grimaldiego; spotkanie, powitanie, cały ten staroświecki ceremonjał, kapiący od purpury i złota, przy którym dzisiejsza wizyta syndyków prowincyonalnych dość sobie mizernie odbija.
Sam pałac, zajęty przez biura szerokich rozgałęzień władzy administracyjnej, teraz po bytności króla przewrócony jest do góry nogami. W kancelaryi stanu cywilnego leżą pozwijane dywany, w archiwum zwierciadła, a przed niemi puszki z pudrem i wonności; wielka werenda, zaszalowana na prędce deskami i obita kosztowną materyą, rozprzestrzenia salę balową, słowem trzeba odłożyć oględziny do czasu, w którym wszystkie mole archiwialne powrócą na dawne siedziby. Zaledwieś wszakże pałac ten opuścił, kiedy znów bęben, za bębnem orkiestra. Teraz tu bez orkiestry nic; wszystko musi być „festegiamente”. Tym razem są to panowie mularze, którzy pragną przy powszechnej kolumbiadzie upamiętnić zawiązek swojego stowarzyszenia w taką to a owaką rocznicę. Panowie mularze mają nietylko swoją orkiestrę, swoje kokardy