Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/261

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Muzyka na czele rznie hymn królewsk,i aż szyby naokół brzęczą, a za muzyką w dobrym szyku wali „La Fraternita,” „L’Agricola,” "L’abbadia Stura”... i jak się tam zowią te wszystkie stowarzyszenia, które od gór przyciągnęły nad morze. Naprzeciw nich druga muzyka i deputacya — wszystko na środku ulicy. To stowarzyszenia robotnicze genueńskie wychodzą na spotkanie Piemontu. Hymn królewski, wzmocniony nową orkiestrą, wstrząsa przez chwilę wszystkie serca, poczem piemontczycy zaczynają z zapałem śpiewać popularną pieśń ludową liguryjską „Al mare!”, genueńczycy zaś, nie chcąc być od nich gorsi intonują hymn piemoncki, przyczem powstaje szalony galimatjas, a wszystko na cześć „fratellanzy”.
Jak na dzień „bez programu” wydaje ci się tego hałasu zawiele. Schodzisz tedy na boczną ulicę, ale tam trafiasz na szereg pojazdów, które okrążając przezornie padające sobie w objęcia Piemont i Genuę, wiozą syndyków z całej Ligurji z czołobitną wizytą do pałacu municypalnego.
Wołasz fiakra i ruszasz za nimi. A coż ci to szkodzi? Choćby cię nie bawił sam akt hołdu wskrzeszający tradycye dawnej rzeczypospolitej genueńskiej, zajmą cię niezawodnie te prowincyonalne wielkości. A potem zainteresuje cię sam pałac municypalny i jego wielkie atrium, o wspaniałych schodach, jakie tylko w starej