Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/259

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ledwo przeszli — stój! Cała kupa ludzi zabarykadowała wązki wylot ulicy. W pośrodku wóz. Co takiego?
Balon, zerwany z lin ostatnim wichrem i poszarpany haniebnie, procesjonalnie odwożą do jakiegoś starego lamusa, kiedy kapitan nieboszczyka, dzielny signor Rodeck, pędzi do Towarzystwa ubezpieczeń, w którem go asekurował. Kapelusz na bakier, grube cygaro w zębach, fontaź niedbale zawiązany i pogardliwa mina, z jaką patrzy na szczątki niefortunnej „Stelli,” wróżą, iż wicher ów przywiał mu do kieszeni wcale niezłą flotę.
Ledwo przewinął balonowy pogrzeb — halt! — znowu przeszkoda. Gęsiego, jeden za drugim, idą w pociesznych kapeluszach śpiczastych i wysokich niby głowy cukru, każdy z drągiem i furczącą na nim chorągiewką, obwoływacze wydawnictw na cześć kolumbową. Najgłośniej krzyczy obwoływacz hymnu. „Scoperta di un nuovo mondo! Scoperta!” — drze się na całe gardło. „Juno Colombiano!” woła drugi, ale mało kto to kupuje, bo długie. Długi zaś hymn, to jak długi sos: zawsze zawiele w tem wody.
Inny, jak automat, raz tylko na minutę otwiera usta i wypuszcza z nich jedno słowo: „Donaver!” I znów: „Donaver!” Nie trudzi się więcej. Dziennik bowiem, do którego Donaver należy, roztrąbił już od dni wielu, że szacowny jego współpracownik, profesor Frederico Donaver, na-