Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/258

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w braku wielkich huków, robi sobie małe huczki, które jej dni bez programu wybornie urozmaicają.
Tych małych huczków, tych uroczystości in partibus, pełno tu teraz jest na każdym kroku. I kto wie, czy nie są one bardziej malownicze, bardziej rodzajowe i charakterystyczne, niż owe wielkie „panataneje,” które obejmowały całe miasto na raz i w zbitej masie stu tysięcy ludzi nie dozwalały dostrzegać żadnego szczegółu.
Wychodzisz sobie rankiem na ulicę, ręce w kieszeniach, laska na ramieniu. Szczęśliw, że cię żaden program za kołnierz nie trzyma, wtem: Bum! bum!... Bum, bum, bum!... Patrzysz, wali w dobrym ordynku kilkadziesiąt marsowych postaci, z podpiętemi na wojskowy sposób połami zwykłych kubraków, wstążeczki i medale na piersiach, miny od stu djasków, wąs siwy, krok wprawdzie nieco drepcący, ale jeszcze żwawy. Kto taki? Inwalidy z wojny krymskiej wyprawiają sobie pochód z muzyką i chorągwiami ex re kolumbowej ery! Ot, niewielki pochodzik, z niewielką „bicchieratą” rzecz prosta, z paroma „brindisi” wypowiedzianemi głosem drżącym już po trochu, przy których niejedna łza kapnie na wąs siwy... Wszystko to najwyżej do jakiej dziewiątej wieczorem, poczem bohaterowie wdzieją na uszy szlafmyce, i pójdą pięknie spać, gdy im reumatyzmy będą grały capstrzyk po strudzonych kościach.