Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/257

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


widzenia, usłyszeć co grano, śpiewano i wykrzykiwano; być wszędzie, gdzie się przewaliła fala uroczystości, równało się ciężkiej pańszczyźnie. A potem ludzie! Ludzie stracili po prostu miarę stosunków i rzeczy, przeniesieni nagle w sferę nadzwyczajności i superlatywów.
Kiedy przyszła wiadomość z Livorno, że za trumną Cialdiniego trzy wozy wieńców szły: „Tylko trzy wozy?” pytano, podnosząc brwi i wydymając wargi. — „Lichy pogrzeb! Bardzo lichy! Nędza, mizerja!”
Przyjechał de Amicis i bawił tu kilka dni. „De Amicis? Wielka figura! Cóż to? admirał, czy Mascagni, żeby sobie nim zaprzątać głowę? Teraz na takich nikt tu niema czasu.”
Tłum uliczny tak samo. Na arabskiego szejka, który zwiedzał Genuę, włócząc za sobą po jej marmurach frendzle swego białego burnusa i swoją pyszną świtę, ledwo, że kto spojrzał i to przez ramię chyba, a kiedy zjawiła się nagle na ulicach kupa indjan w zamszowych krymkach, lekkich sandałach, przebiegająca miasto z ładunkiem kokosów, wachlarzyków i suszonych żmijek, to w całej Genui nie znalazło się dwudziestu uliczników, którzyby za nimi biegali. Co chcecie? Nie mieli mundurów haftowanych złotem, a to właśnie była chwila panowania mundurów haftowanych złotem i niczego więcej.
Teraz się to przecież szczęśliwie zmieniło. Najwybredniejsi gapie spuścili z tonu, a Genua,