Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/256

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przychodzą do właściwych, omal że nie zatraconych w wściekłym natłoku wymiarów.
Można znów poruszać łokciami, ramionami, głową. Nikt gorączkowo nie chwyta dziennika, żeby nie prześlepić, gdzie i kiedy ma pędzić na złamanie karku. Oczy i uszy wypoczywają po salwach i po ogniach sztucznych; a choć teraz i huknie co z fortów, albo zaswędzi, wie się przynajmniej, że miasta nie wysadzą i z dymem go do licha nie puszczą.
Nawet pan syndyk otarł pióro i przestał manifesty pisać. Kupy ludu gęsto się jeszcze wprawdzie po ulicach włóczą, ale nie prą, jak lawa, w jednym kierunku i nie pokrywają placów jak szarańcza; można chodzić po mieście bez złamania żebra. Zgiełk ustaje, w powietrzu opadają dymy, morze strząsnęło z siebie wszystkie obce statki, ziemia przestała stękać pod naciskiem trybun. Gdzie chcesz iść, dojdziesz; gdzie jechać, dojedziesz: komisja uroczystości nie rzuca tobą jak piłką. Nikt cię nie ściga, nie sekwestruje, nie trzyma ci noża na gardle, żebyś patrzył na to, a słuchał tamtego. Wola twoja, czy chwilowy nastrój przychodzi potrosze do głosu, do prawa. Zrobiło się luźno jakoś, przestronno, ludzie ochłodli, szalona pulsacja życia wytężonego opadła, nikt nie jest obowiązany pękać z zapału, — a to wiele znaczy.
Szczerze powiem, że Genua zaczynała już być okropnie męczącą: obejrzeć wszystko, co było do