Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/245

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wszystko zresztą — prócz owych jeńców — było po dawnemu. Tłusty Pregonero tak samo licho czytał swoje poselstwo; koń kawalera de Nunez tak samo stawał dęba; przedstawiający Kolumba książe Centurione tak samo był zajęty sprzączkami swoich podwiązek i popręgą swego siodła, a Jej katolicka Mość, panna Castelli, była czesaną przez togo samego fryzjera. Co do załogi sławnych na cały świat karawel: Pinto, Niny i Santa Maria, tej nie brakło ani jednego guzika; ci nawet, których historja podaje za zginionych w tej wielkiej imprezie, szczęśliwie zmartwychwstali jakoś! Zresztą na nikim ani śladu dalekiej drogi i poniesionych trudów. Zbroje równie błyszczące, aksamity równie świeże, konie tak samo spasione, słowem pyszna wyprawa.
Otóż skoro cała ta ekspedycja wkroczyła w trjumfalnym pochodzie swoim w ulicę Balbi, w tę wązką, długą szyję o dwu rzędach marmurowych gmachów, oblepionych ludzkiem mrowiem, jak zmaczana w mleku wiecha bylicy, kiedy ją muchy obsiędą, i skoro La Regina, ukazała się w oknie, aby ów pochód obaczyć, groźny już przedtem ścisk zamienił się w tak piekielny tumult, w takie parcie boków końskich na lud, a ludu ku oknom królewskim, że królowa co rychlej cofnąć się musiała w głąb swoich apartamentów, aby nie wywoływać tej burzy zapału, która oślepia na niebezpieczeństwo. Ale i tak byłoby tam przyszło do niechybnej katastrofy, gdy-