Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/244

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie jak najdalszych od ulicy Balbi, grać będą wieczorami orkiestry i płonąć iluminacje, a panowie i panie z ludu będą się mogli oddawać tańcom, tak przy blasku owej iluminacji, jako też gwiazd i księżyca.
Że nadto w różnych punktach miasta — jeszcze dalszych, jeśli podobna, od ulicy Balbi, — przedstawiane będą najjaśniejszemu ludowi: pantominy, cienie chińskie, bitwy maurytańskie, siłacze, marjonetki, a wszystko bezpłatnie. Miano nawet powtórzyć urządzoną tu z wielkiem powodzeniem na kilka dni przed przybyciem królewskich gości rzymską festa befana, która polega na tem, aby zaopatrzywszy się w nos papierowy i przeraźliwą świstawkę, zrobić w jaknajkrótszym czasie, jak najwięcej piekielnego wrasku. Każdy kto wie, jak dalece włoch jest łakomym na wszelkie igrzyska, oceni łatwo, ile w tym manifeście było pieszczot dla jego uszu i łaskotania jego tradycjonalnej ciekawości. A jednak i to zawiodło. Po placach grały orkiestry i paliły się ognie wśród pustki. „Panie” i „panowie” z ludu nie poszli tańczyć, ale po dawnemu obozowali na nieszczęsnej Balbi.
Najgorzej było z powrotem Kolumba. Mąż ten bowiem powrócił już do nas ze swojej chwalebnej wyprawy, wiodąc za sobą ujarzmionych kacyków i niewiasty „dzikie,” które malowano przez jakie dziesięć dni naprzód, zakazawszy im się myć i czesać, co najmniej od dwóch tygodni.